Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Rozumiem
31.05 – 03.06.2018
CZAS DO STARTU:

Zza kierownicy: tu nie ma nic na niby

A ja myślałem, że te 30 km singla od Rycerki do Zwardonia, o których mówiłeś na starcie, to tak na niby było…” – powiedział do mnie na mecie jeden z czołowych polskich zawodników tej edycji Łukasz Chalastra. Zrobiło się naprawdę wesoło. Nie przypuszczałem, że mogłem zostać odebrany aż za takiego żartownisia. Dzisiejszy etap to kwintesencja wszystkiego, co Beskidy oferują najlepszego kolarzom górskim. Bez Worka Raczańskiego, czy to z udziałem Rycerzowej, czy Wielkiej Raczy Beskidy MTB Trophy byłyby Paryżem bez Wieży Eiffela czy Londyn bez Big Bena. Z kolei Kriss Łopata wziął mnie na poważnie i chłopak tak pognał na spotkanie ze ścieżkami, których nie zdążyłem pokazać jemu i ekipie przed dwoma laty, że nieomal język połknąłem, by gościa ledwo dojść pod Sołowy. Ujechany do granic, wyssany z energii do opuszków palców, ale chyba technicznie najedzony aż do następnego roku. Prawda Kriss?
046__O0C5930
Nie ukrywam, że ciężko się noga kręci w tym roku pod górę, ale czego oczekiwać, gdy miejsce aktualnego pobytu oferuje co najwyżej 100m przewyższenia na 100km treningu. Oj Ochodzita kosztowała  mnie tym razem znacznie więcej niż tylko zwyczajowy środek kasety wciągnięty nosem. Bolało. Ale na szczęście zamiłowania do górskiej jazdy i technicznej zabawy we mnie nie to nie zabiło. Stąd, pewnie nieco przekornie, cieszyłem się, gdy wieczorny deszczyk za oknem dziarsko pokapywał. Przynajmniej techniką nieco nadrobię – pomyślałem – w tych mokrych kłębowiskach szlaku granicznego. Jak się jednak okazało nie taki diabeł straszny i tej wody więcej było na grzbietach Rachowca i Burów Groniu między Solą i Rycerką niż na kulminacyjnym odcinku dnia dzisiejszego. Zadziorny zjazd z Ochodzitej do Rupienka, czy fenomenalny trawers Rachowca z kolei były wyłącznie przystawkami do dania głównego, które w początkowej fazie oznaczone było na zielono. Podmęczona szarpaniem w grząskim błocie noga średnio chce kręcić na asfalcie przez Rycerkę. Na szczęście w porę pojawia się Mariusz, który znacznie podnosi moją motywację i raźniej pokonujemy ten obowiązkowy dojazd. Gdy tylko w lewo odbija zielony szlak nachylenie natychmiast rośnie i … no skąd się tu wzięła grupa 6 kolejnych, skoro za plecami jak okiem sięgnąć nie było nikogo. No nic. Mariusz pognał w górę, ja jadę swoje.

033__O0C5869
W około 1/3 wreszcie skręcamy w lewo na bajeczny singiel w kierunku Przegibka. Że też na wcześniejszych edycjach nikt za jego pomocą nie oszczędził nam tej szutrowej nudy. Toż ten odcinek powinien wejść do obowiązkowych odcinków Trophy. Na takich odcinkach noga zaczyna się sama lepiej kręcić. Z Przegibka na Raczę wiedzie jeden ostatnich tak dziewiczych i perfekcyjnych wręcz odcinków. Bardzo strome podjazdy, wąskie kręte nawrotki, ciasne s-ki między drzewami, uskoki, ciągła akcja i te zapierające dech w piersiach widoki z jednej z ostatnich polan przed Raczą. Tak się zajawiłem, że o mało nie pominąłem bufetu… Ciągłą akcja, zero wytchnienia, masz technikę to jedziesz, nie masz to sorry Winetou. I to jest na takich ścieżkach piękne. Kilka skalnych schodów i osiągam szczyt Raczy. Ach, najchętniej bym poszedł wyżej, na wieżę widokową i napatrzył się do syta. Ale cóż – czerwony szlak sam się nie zjedzie. W końcu mogę nieco złapać oddech, choć o rozluźnieniu nie ma mowy.

026__O5B8926
Szlak wymaga czujności i świeżości umysłu. Na szczęście znam go jak własną kieszeń –puszczam klamki, choć nie ryzykuję niepotrzebnie. Po górnym, szybkim i stromym odcinku pora na kolejną singlową zabawę. Odcinek Upłaz – Magura to majstersztyk ze wskazaniem na przepiękny trawers Przysłopu. Progi, korzenie, wąska ścieżka – mistrzostwo. Wiele kolein w dolnej części każe wzmagać czujność. Jedna bezlitośnie obeszła się z Piotrkiem.  Tutejsze błoto jest zdradliwie śliskie. Podjazd pod Magurę to zbawienie dla rąk. Pojawia się w sam raz. Dalej to już w sumie bułka z masłem. Horyzont ukazuje kolejne moje cele. Odhaczam praktycznie każdy. Mijam Beskid Graniczny, Skalankę, Damek znowu ma defekt. Uciekaj kto może, musiał się chłop wkurzyć. A musiał, bo mu sił starczyło, by pokonać 35% ściankę pod Sołowy Wierch. Kriss – i tu Cię mam, wysłuchuję kilka superlatyw kolegi odnośnie trasy i na bezdechu rozpoczynam ostatni zjazd dnia. Hmm, ta świadomość dodaje sił na ostatni podjazd. Ten na szczęście mija szybko i … bez tych 30% płyt, jak rok temu. Na deser łykam Mariusza, taki drobny rewanż za wspinaczkę pod Przegibek. Meta – radość i endorfiny znieczulają. Cudowny dzień w siodle. A jutro wiśnia na torcie – Beskid Śląski pokaże swój pazur.

Jarek Hałas