Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Rozumiem
31.05 – 03.06.2018
CZAS DO STARTU:

ZZA KIEROWNICY: esencja MTB

No i pora na ostatni etap wiodący na Klimczok i pod grzbiet Skrzycznego, króla Beskidu Śląskiego. Pętla w tym roku jest identyczna z finałową z ubiegłego roku. Szlaki i ścieżki, na których zjadłem zęby, bo jak brakuje czasu, a potrzeba konkretnej jazdy to gdzie indziej miałbym jechać, mając zaledwie 30-40 km spod domu w taki teren? Sama konkretna robota, zero naciągania. Esencja MTB w tej części Beskidów, etap godny finału i, jak już pisałem, moim zdaniem najtrudniejszy, na którym sporo osób się nieźle „przejedzie”.

Wychodząc z kwatery o 7 rano czuję, że skwar przebija ten z poprzednich dni. „Będzie się działo” –  myślę sobie. Na trasie znajduje się 7 konkretnych, sztywnych, bezlitosnych wspinaczek, a jak doliczyć krótki Kotarz i Hyrcę to wychodzi 9. Nie ma lipy! Dla znających temat trasa budzi podziw, nawet kozaki pokroju Rafał zakładają 30 zębów do przodu. Cóż, ja nie mam. Już po starcie wiem, że najpewniej powtórzy się scenariusz z ubiegłego roku. Większość nieznająca teren pomyśli, że ostatni etap to i trochę taryfy ulgowej będzie. Nic bardziej mylnego. Podobnie jak rok temu, kogo poniosła fantazja na podjeździe przez Połom na Kozińce na pewno za to zapłacił dalej. Tempo niższe niż jeszcze dzień wcześniej, ale wraz z wjazdem na szuter przed Połomiem idzie gaz, że hej.
Dwójka liderów od razu z przodu, a za nimi stado „ślepaków”. Spokojnie lecę około 20 pozycji, a obok mnie Rafał Nogowczyk i, znajdujący się bezpośrednio za mną w rankingu, Piotrek Truszczyński. Pierwsze przytkanie płuc i spływanie harcowników przeprowadzają strome płyty przed Szarculą. Resztę załatwia kamienista, stroma sekcja tuż przed Kozińcami. 200 metrów do szczytu, kilka ząbków w dół na środek kasety i już jesteśmy z Rafałem w TOP 5. Tak jak sądziłem ten odcinek i zjazd do Nowej Osady będzie kluczowy dla realizacji taktyki wyścigu, dokładnie w ten sam deseń, jak do sprawy podeszliśmy rok temu z Krystianem Pirógiem.
 
 ​_18K5074

Śliski i wilgotny w ubiegłym roku zjazd do Wisły w tym roku bardzo suchy i szybki. Lecę na kole Rafała, który nieźle podniósł ciśnienie Tyge Rasmusenowi. Na dole oddech ulgi (kamienie !), spojrzenie przez plecy, za nami czysto. Bingo. Szybko przelatujemy ścieżkę wzdłuż rzeki i 10 sekund za Brytyjczykiem i Niemcem rozpoczynamy trzymający niemiłosiernie podjazd pod Smrekowiec. Obrót korby przed nami kręci mistrz Irlandii, chwilę za nami Tyge, który został na zjeździe. Nieliczna grupka z każdym metrem się nieco rozciąga, dwójka sukcesywnie powiększa przewagę, a do nas dołącza Marcin Urbaniak. W końcu krótki, ale treściwy trawers Smrekowca i dający oddech zjazd do pierwszego bufetu, gdzie kilka moich chwil zaoszczędził Jacek podając mi bidony i nieco energii.
Powoli zaczyna się to, co tygryski lubią najbardziej. Delikatnie wznoszący się w kierunku Grabowej, techniczny singielek trawersujący zbocza Salmopola sprawia, że micha śmieje się cały czas. Jedziemy w równych odstępach z Rafałem, Marcinem i Niemcem. Wjazd na grzbiet i pierwsze fenomenalne widoki na Dolinę Żylicy (Szczyrk) otwierają się z prawej.
 
 _18K5322

Chłopaki przede mną gnają na złamanie karku kamienisto-gliniastym leśnym duktem. Ja zachowuję umiar, defekt dzisiaj nie wchodzi w grę. Kilometrowy podjazd na Kotarz upływa w leśnym cieniu, a ze szczytu widok w lewo na Brenną. Na zjeździe mijam Rafała, który znów nie dał szans swoim oponom na ostrym beskidzkim fliszu. Dalsza jazda tak zwanym Beskidem Węgierskim upływa pod znakiem ogromnej ilości kamieni z ich kulminacją na ryzykownym zjeździe z Hyrcy. Mijam Marcina, który stara się zatamować upływ powietrza. Udaje się i wkrótce jedziemy już razem, a po chwili wpadamy w drugi z best-ofów tego dnia – trawers Beskidka na Karkoszczonkę. 30 cm, korzenie, uskoki, narzucanie koła, akcja na miarę oskara. Bajka, na którą wraca się w nieskończoność. Żeby nie było za lekko już za moment zaczyna się największe wyzwanie dnia.
Podjazd przez Trzy Kopce na Klimczok. Leśna droga nie dająca złapać jakiegokolwiek rytmu. Dość łagodnie na zmianę ze ścianami wymagającymi butowania, na których kamienie przeszkadzają nawet w podejściu. Od Trzech Kopców znów towarzyszą nam cudne widoki, tym razem na Bielsko i Jaworze, a także Szczyrk, a Klimczok zarysowuje się coraz wyraźniej. W międzyczasie dojeżdża mnie świetnie jadący w ostatnim dniu Alexander Stark i wierzchołek Klimczoka osiągamy razem. Z góry otwiera się kolejna „tapeta” z Kotliną Żywiecką oraz wschodnia częścią Beskidu Żywieckiego w roli głównej. Gnamy na złamanie karku stokiem narciarskim na siodło przełęczy i krótką wspinaczką pod schronisko próbujemy dospawać do Marcina. Ten jednak w dół gna jak przeciąg. Gdy Niemiec jazdą w dół posyła spod kół lawinę kamieni w moją stronę, zapala mi się żółta kontrolka „nie ryzykuj, teraz już nie musisz”. Daję zawodnikowi młodszej kategorii ponieść się fantazji, a kątem oka spoglądam na wijącą się pod nadajnik Skrzycznego stokówkę, która już za niedługo wystawi nas na pożarcie słońca. Stark znika, a ja tuż przed płytami do Szczyrku Biłej mijam Marcina siedzącego i przepraszającego się z dętką. Szkoda, ale właśnie temu nie warto ryzykować dla kilku sekund na takich zjazdach. Bufet, na którym wymijam się z Tyge i Alexandrem, krótka hopka po stoku, slalom między domami i już lecimy Salmopolską. Norweg i Niemiec migoczą 100m przede mną. Skręt w lewo w ul. Skrzyczeńską, pomiar czasu i widok kilkunastoprocentowej ściany, który może nieznających podjazdu zrzucić mentalnie z siodła.
 
 EZ3A7333
 
Wraz z wypłaszczeniem zanikający las wystawia nas na silną ekspozycję witaminy D i promieni UV. Pot ścieka litrami. Stark nie zwalnia i urabia Norwega jak dziecko, którego i ja w połowie podjazdu dochodzę. Ostatni kilometr przed Halą Skrzyczeńską znów zaczyna trzymać, a do tego nawierzchnia wybrukowana jest sporymi głazami rzecznymi. O rytmie trzeba zapomnieć, nim zacznie się trawersujący zjazd pod Malinów, przepychanie to norma. Żelka, kilka łyków i z ulgą zaczynam zjazd „beskido-stradą”. Stark majaczy około minutę przede mną. Oglądam się wstecz, nikogo jak okiem sięgnął. Wiem, że już prawie z górki, tylko zachować spokój. Krótki zryw pod grzbiet Malinowa, kilka strzałów migawki chłopaków z Bikelife oraz Piotrka Staronia i już lecę do trzeciego bufetu. Żelka w siebie, żelka do kieszonki, woda do bidonu i równiuteńko, coraz stromszą leśną wspinaczką zbliżam się do wyczekiwanego Cieńkowa. Mijam prowadzących na najtrudniejszej ściance uczestników dystansu Half.

Doping i komentarze dodają (prawie) skrzydeł. W końcu pojawia się grzbiet, który znam jak własną kieszeń. No prawie, bo od ostatniej wizyty na wiosnę cała ścieżka ze szczytu Cieńkowa Pośredniego do Niżnego zmieniła się w równiuteńką, szeroką szutrówkę jak w Alpach. Bardzoja żałuję tego szlaku, bo jakieś 8-9 lat temu od samiuśkiego zielonego Kopca do zapory w Nowej Osadzie była to przecudna ścieżka szerokości 1m i o charakterze wspomnianego trawersu Beskidka tuż przed Klimczokiem. Po lewej w dole widzę taflę wody zapory pięknie odbijającą słonko. Jeszcze moment i już bez zaginki pokonuję ostatnie 2,5 km podjazdu pod Szarculę przez Zameczek. Cień lasu, 12% nachylenia, równy obrót i powoli myślami jestem na mecie. Zjazd przez Połom, kilka genialnych singielków w lesie, kamienisty slalom i za mostkiem wpadam na metę. Niezapomniane uczucie, polecam każdemu. Upał? Jaki upał? Ja tam wolę opaleniznę i pierwszorzędny warun do jazdy.

 
_18K5501

Jarek Hałas