Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Rozumiem
31.05 – 03.06.2018
CZAS DO STARTU:

MTB TROPHY - EPIZOD SZÓSTY

Może się to momentami wydawać nieprawdopodobne, ale za niespełna tydzień zostanie zapisana szósta z kolei karta w historii MTB przewidziana dla naszej beskidzkiej super-etapówki. Ta przygoda trwa już nieprzerwanie od 2007 roku! Przez kolejne lata wyścig za każdym razem przebiegał według innego scenariusza, innego schematu tras, z różnymi „wątkami” wpływającymi na całokształt trudności. Główną areną zawsze jednak były Beskidy i pogranicze polsko-czesko-słowackie z całym jego dobrodziejstwem, aktorami kolarze, a scenarzystą pogoda.
Za każdym razem były wzloty i upadki uczestników, walka z trasą, sprzętem i chwilami własnego zwątpienia. Z każdym rokiem zmieniała się struktura narodowościowa uczestników. Od typowo „krajowego” składu powoli wyścig przerodził się w prawdziwą legendę znaną na całym świecie.
Ranga i mit wyścigu przyciągał z każdym rokiem coraz więcej zagranicznych kolarzy, którzy w tym momencie składają się już na reprezentację 6 kontynentów i krajów liczonych którąś dziesiątką. Nic więc dziwnego, że Beskidy MTB Trophy znalazły się na liście najpiękniejszych i kultowych wyścigów etapowych na świecie obok takich gigantów jak Absa Cape Epic, Andalucia Bike Race czy Craftbike Transalp. W tym roku listę startową wyścigu ubogacają nazwiska przedstawicieli 19 krajów w tym Australii, RPA, Rosji, ale także Nepalu.
Tak, tak Ajay Pandit Chhetri nie mógł żyć bez Beskidów, mimo 8-io tysięczników, które ma na co dzień - wiadomo Nepal ... Obok niego wśród zagranicznych gości ponownie znalazł się weteran światowych etapówek Austriak Axel Strauss, ale także triumfator najbardziej „rzeźnickiego” Salza ostatnich lat – Lukas Kubis, zwycięzca najdłuższego etapu z pamiętnego roku 2009r ubogaconego śnieżycą w środku lata. Potencjalnym zwycięzcą może być także Holender – Bas Peters, Olimpijczyk z Aten, trzynasty zawodnik tej imprezy. Honoru Naszych ponownie bronił będzie Bartek Janowski, ubiegłoroczny dominator. Porachunki z Beskidami postanowił też w końcu załatwić Alex Dorożała.
Nawiązując do udziału niepozornego Nepalczyka, w Beskidach nie uświadczymy nawet 2-tysięczników, ale corocznie uczestnicy podkreślają, że pokonanie całego wyścigu jest niczym wspięcie się na ośmiotysięcznik.
Im dalej, tym zmęczenie bardziej daje się we znaki. Praktycznie każda kolejna edycja wyścigu wydawała się być coraz trudniejsza, bardziej wymagająca i kumulująca większą ilość typowych ścieżek mtb. Mimo wszystko w każdej edycji można było wyróżnić etapy zdecydowanie łatwiejsze i te królewskie. Choć ostatnie etapy nie były wcale łatwe to z reguły pozwalały myśleć o mecie.
W tym roku, patrząc na każdy z czterech odcinków dających łącznie 10500 m przewyższenia na dystansie 292km, można odnieść wrażenie, że codziennie będzie coraz trudniej. Do mety na pewno ostatniego dnia nie będzie z górki. Najmniejsze przewyższenie dnia pierwszego na poziomie 2200m z kulminacyjnym niemal 700m w pionie na Skrzyczne mówi samo za siebie.
Później będzie już tylko „bardziej”. W tym roku wracamy po stronie czeskiej na „stare śmieci” przyjaciela Javorovego. Cały etap zapowiada się z racji największego dziennego przewyższenia na bardzo trudny. Głównie za sprawą dużych nachyleń podjazdów, które jednak – jak mają to w charakterystyce Beskidy Czeskie – zdobywać będziemy raczej przyjemnymi duktami. Z kolei esencji mtb na pewno nie zaprzeczą techniczne do szpiku gór zjazdy super wymagającymi ścieżkami. Oczywiście najbardziej oczekiwaną będzie tutaj agrafkowa uczta z Javorovego, która już raz rozdała główną pulę (2009 rok i niespodziewany upadek Martina Horaka, czołowego czeskiego zawodnika specjalizującego się właśnie w kilkudniowych wyścigach). Etap o niezwykle alpejskim charakterze z kilkoma znacznymi podjazdami, dającymi złapać rytm.
Legenda MTB Trophy byłaby niczym, gdyby nie coroczne niespodzianki w asortymencie tras. W tym roku wisienkę na torcie i jednocześnie miano królewskiego etapu będzie z pewnością dzierżył dzień 3-ci. W jego trakcie wkraczamy w nieeksplorowane dotychczas na tej imprezie, reprezentatywne wręcz regiony Beskidu Żywieckiego. Klasyka klasyki – Pasmo Rysianki i Lipowskiej to majstersztyk Stwórcy w rozumieniu każdego „górala”. Zarówno charakterystyka szlaków, jak i nieprawdopodobne widoki na obie Fatry, a nawet Tatry są wręcz unikalne. Uczta dla oczu, wyzwanie dla nóg.
I w zasadzie moglibyśmy już chłodzić szampana, gdyby nie jedno ale, któremu na imię Wielka Racza. Tak – wzorem pierwszej edycji budząca postrach i siejąca panikę, jakże piękna góra, tym razem pozostanie na deser. Cóż to będzie za pojedynek – tym razem królową Worka Raczańskiego zdobędziemy jednym z ostatnich tak dzikich i nietkniętych (w znacznej mierze) szlaków biegnących przecinką graniczną. Huśtawka na odcinku 17 km da zarówno wycisk jak i chwile wytchnienia, a przy tym niezapomniane chwile obcowania z najpiękniejszą beskidzką przyrodą.
Po chwili rozkoszy wzrokowych na szczycie trzeba jednak będzie sprostać kolejnym 11 km plątaniny korzeni, zakrętów i niespodziewanych zwrotów kultowego singla na Przegibek. I w zasadzie dopiero zjazd stąd będzie niejako okienkiem z widokiem na metę – a ta migocze, jak zwykle w wypadku tego etapu w postaci nadajnika na szczycie górującej nad Istebną Ochodzitej.
Jest jeszcze jeden aspekt tegorocznej etapówki. Z każdym rokiem nawet najtwardsi rycerze w końcu kapitulowali. Wśród tegorocznych śmiałków znalazł się jednak przynajmniej jeden „ostatni samurai, który – jeśli dotrze do mety 10 czerwca – zapisze się w historii tego wyścigu jako finiszer „kompletny”. Ale to człowiek z Tych gór… Kto taki?? Może sam się ujawni?
Póki co zbierajcie siły, nakręcajcie się filmami z lat ubiegłych i po cichu piszcie swoje własne scenariusze tegorocznego odcinka… Pierwszy klaps w najbliższy czwartek.
Beskidy już ostrzą szczyty. Ilu okaże się twardszych?